Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: „Kto ty jesteś?” On wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: „Ja nie jestem Mesjaszem”[...]. „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała”. (J 1,19-28)
Święta, święta i po świętach :).
Dla mnie minęły w tym roku baaardzo szybko. Dopiero patrzyłam (w modlitwie) na małego Jezusa, a dziś (w Ewangelii) Jan Chrzciciel ogłasza Jego obecność, która jest przez nas, przeze mnie nierozpoznawalna... Obecność Oblubieńca! Jego obecność jest nie tylko obecnością zbawiającą, ale obecność miłująca. Więcej o tym i o Janie Chrzcicielu i sandałach Jezusa - tutaj.
To było o obecności Jezusa, ale do tańca trzeba dwojga, więc następne pytanie będzie dotyczyło mnie. Kim ja jestem? Kim jestem w swoich oczach? I najważniejsze: kim jestem dla Jezusa?
***
Od lat już wielu przeżywam ten dzień jako Dzień Przyjaźni. To ze względu na patronów dnia dzisiejszego św. Bazylego i św. Grzegorza z Nazjanzu, związanych przyjaźnią, która była dla nich jak winda do nieba i jak stół zastawiony dla bliźnich - pociągała ich ku Dobru i obdarzała Dobrem innych.
Dziękuję Bogu za moich przyjaciół. Przyjaciołom zaś dziękuję za obecność w moim życiu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 stycznia 2017
niedziela, 21 sierpnia 2016
21 VIII, ciasne drzwi
„Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli..." (Łk 13,22-30).
W tym tygodniu po raz drugi pojawia się motyw ciasnych drzwi. We wtorek było o ciasnej bramie, tj. o uchu igielnym. Żeby przejść przez nią, trzeba było rozładować wielbłąda z bagażu jaki na niego się nałożyło. Aby przejść przez ciasne drzwi, trzeba po pierwsze w nich się zmieścić, po drugie zostawić dobytek, jaki się ma.
Słuchałam tych słów Jezusa w czasie rekolekcji zakonnych. Rekolekcje roczne, to taki czas, kiedy się staje w jakimś sensie przed bramą... i "rozładowuje" z siebie (jak z wielbłąda) bagaż czy też przekonania (też bywają bagażem), jakie się uzbierało przez rok, a które nie są potrzebne (a nawet przeszkadzają) w dalszej drodze za Jezusem.
Ważnym się staje tylko to, co ma się stać we mnie, co potrzebne w miłowaniu, by było jakby naturą człowieka, by było wewnątrz, by przecisnęło się przez owe ciasne drzwi.
Muszę przyznać, że miałam trochę tego dobytku-bagażu, który nie bez trudności, ale świadomie i odważnie zostawiam w tych rekolekcjach.
Jeszcze jedno w tej kwestii muszę przyznać, że najlepszą lekcją poglądową w temacie ciasnych drzwi, jest dla mnie i już tak będzie śmierć o. Witolda (wciąż o nim myślę).
On po prostu nie musiał się starać, on w ciasnych drzwiach się zmieścił... Bo on był tym, czego nauczał, on kochał sobą, nie swoim dobytkiem.
Wracają mi w pamięci wydarzenia, rozmowy, postawy Witolda... Z perspektywy tych 26 lat, odkąd go znam, mogę śmiało powiedzieć, że Bóg za przyjaciela dał mi świętego.
A to zobowiązuje.
Ale też nadzieję mam, że przyjaźń jest wartością wieczną, że łączy dusze w różnych warstwach Kościoła (ziemskiego i niebieskiego). I w tym wszystkim na szczęście jest jedna JEDYNA szczelina na ziemi, która łączy ziemię z niebem - święta Eucharystia, która jest wydarzeniem spoza czasu...choć, jak dziś w niedzielę, o bardzo konkretnej godzinie. Wiem, że na tej Eucharystii będzie całe Niebo, i mój przyjaciel Witold. Bo w wydarzeniu Eucharystii jest zadatek prawdziwego SPOTKANIA.
W tym tygodniu po raz drugi pojawia się motyw ciasnych drzwi. We wtorek było o ciasnej bramie, tj. o uchu igielnym. Żeby przejść przez nią, trzeba było rozładować wielbłąda z bagażu jaki na niego się nałożyło. Aby przejść przez ciasne drzwi, trzeba po pierwsze w nich się zmieścić, po drugie zostawić dobytek, jaki się ma.
Słuchałam tych słów Jezusa w czasie rekolekcji zakonnych. Rekolekcje roczne, to taki czas, kiedy się staje w jakimś sensie przed bramą... i "rozładowuje" z siebie (jak z wielbłąda) bagaż czy też przekonania (też bywają bagażem), jakie się uzbierało przez rok, a które nie są potrzebne (a nawet przeszkadzają) w dalszej drodze za Jezusem.
Ważnym się staje tylko to, co ma się stać we mnie, co potrzebne w miłowaniu, by było jakby naturą człowieka, by było wewnątrz, by przecisnęło się przez owe ciasne drzwi.
Muszę przyznać, że miałam trochę tego dobytku-bagażu, który nie bez trudności, ale świadomie i odważnie zostawiam w tych rekolekcjach.
Jeszcze jedno w tej kwestii muszę przyznać, że najlepszą lekcją poglądową w temacie ciasnych drzwi, jest dla mnie i już tak będzie śmierć o. Witolda (wciąż o nim myślę).
On po prostu nie musiał się starać, on w ciasnych drzwiach się zmieścił... Bo on był tym, czego nauczał, on kochał sobą, nie swoim dobytkiem.
Wracają mi w pamięci wydarzenia, rozmowy, postawy Witolda... Z perspektywy tych 26 lat, odkąd go znam, mogę śmiało powiedzieć, że Bóg za przyjaciela dał mi świętego.
A to zobowiązuje.
Ale też nadzieję mam, że przyjaźń jest wartością wieczną, że łączy dusze w różnych warstwach Kościoła (ziemskiego i niebieskiego). I w tym wszystkim na szczęście jest jedna JEDYNA szczelina na ziemi, która łączy ziemię z niebem - święta Eucharystia, która jest wydarzeniem spoza czasu...choć, jak dziś w niedzielę, o bardzo konkretnej godzinie. Wiem, że na tej Eucharystii będzie całe Niebo, i mój przyjaciel Witold. Bo w wydarzeniu Eucharystii jest zadatek prawdziwego SPOTKANIA.
środa, 10 sierpnia 2016
10 VIII, "wpadłszy w ziemię" - śp. Witold Słabig OP
„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity...” (J 12,24-26)
Wczoraj (9 sierpnia) zmarł nagle (właściwie zginął) bliski mi człowiek, ojciec Witold Słabig OP - ojciec, przyjaciel, brat. Wiele mu zawdzięczam, wiele ważnych i dobrych chwil dane mi było przeżyć w bliskości przyjaznej o. Witolda.
Śmierć o. Witolda zaskoczyła nas, zaskoczyła mnie. Czasu narodzin i śmierci nie wybieramy. Wczorajszy dzień (9 VIII 2016) - to dzień narodzin dla nieba ojca Witolda! Każde rodzenie boli... to mnie boli bardzo.
Jednak nie mogę (nie możemy) nie widzieć perspektywy ŻYCIA! Tutaj można posłuchać homilii o. Witolda z dnia zadusznego, on sam mówi o śmierci i o życiu...
Ojciec Witold - "uśmiechnięta twarz" - tak go nazwałam przed 26 laty, kiedy się poznaliśmy w Wilnie... wiem, że jest po stronie Życia, które się już nie kończy. I na pewno się uśmiecha! Jego uśmiech był bramą dla relacji, dla zaufania, dla przyjaźni. Ten uśmiech ujawniał człowieka dobrego, ciepłego, miłującego i mądrego!
Szukał i słuchał Boga. Miłował liturgię i czerpał z niej siły. Na obrazku prymicyjnym miał napisane wezwanie z liturgii godzin: "Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu". Serce miał duże, bo było tam miejsce dla wielu...
Miał czas dla ludzi, kochał ludzi, kochał parafię, kochał też przyjaciół i był dla nich.
Uśmiechaj się Witoldzie, a my tutaj jeszcze na tym łez padole, łzom bólu rozstania pozwolimy istnieć... Ten ból jest częścią Miłości! A w tym bólu i łzach uśmiech sprowokowany wiarą, nadzieją i miłością też we mnie ku Niebu się wznosi.
Bóg niech będzie uwielbiony przez życie i przez śmierć ojca Witolda!
A Ty, Witoldzie, też wejrzyj z nieba ku wspomożeniu naszemu...
Fot. 1) + Witold Słabig OP, zdjęcie jest mego autorstwa.
2) Zdjęcie sprzed 25 laty... uśmiech ten sam. Góruje dziś także...
3) Tete-a-tete z Piotrem tamtych dni... (temat powołania :) Z lewej strony ojca świętego o. Witold, uśmiechnięty jak zwykle.
Wczoraj (9 sierpnia) zmarł nagle (właściwie zginął) bliski mi człowiek, ojciec Witold Słabig OP - ojciec, przyjaciel, brat. Wiele mu zawdzięczam, wiele ważnych i dobrych chwil dane mi było przeżyć w bliskości przyjaznej o. Witolda.
Śmierć o. Witolda zaskoczyła nas, zaskoczyła mnie. Czasu narodzin i śmierci nie wybieramy. Wczorajszy dzień (9 VIII 2016) - to dzień narodzin dla nieba ojca Witolda! Każde rodzenie boli... to mnie boli bardzo.
Jednak nie mogę (nie możemy) nie widzieć perspektywy ŻYCIA! Tutaj można posłuchać homilii o. Witolda z dnia zadusznego, on sam mówi o śmierci i o życiu...
Ojciec Witold - "uśmiechnięta twarz" - tak go nazwałam przed 26 laty, kiedy się poznaliśmy w Wilnie... wiem, że jest po stronie Życia, które się już nie kończy. I na pewno się uśmiecha! Jego uśmiech był bramą dla relacji, dla zaufania, dla przyjaźni. Ten uśmiech ujawniał człowieka dobrego, ciepłego, miłującego i mądrego!
Szukał i słuchał Boga. Miłował liturgię i czerpał z niej siły. Na obrazku prymicyjnym miał napisane wezwanie z liturgii godzin: "Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu". Serce miał duże, bo było tam miejsce dla wielu...
Miał czas dla ludzi, kochał ludzi, kochał parafię, kochał też przyjaciół i był dla nich.
Uśmiechaj się Witoldzie, a my tutaj jeszcze na tym łez padole, łzom bólu rozstania pozwolimy istnieć... Ten ból jest częścią Miłości! A w tym bólu i łzach uśmiech sprowokowany wiarą, nadzieją i miłością też we mnie ku Niebu się wznosi.
Bóg niech będzie uwielbiony przez życie i przez śmierć ojca Witolda!
A Ty, Witoldzie, też wejrzyj z nieba ku wspomożeniu naszemu...
Fot. 1) + Witold Słabig OP, zdjęcie jest mego autorstwa.
2) Zdjęcie sprzed 25 laty... uśmiech ten sam. Góruje dziś także...
3) Tete-a-tete z Piotrem tamtych dni... (temat powołania :) Z lewej strony ojca świętego o. Witold, uśmiechnięty jak zwykle.
***
Relacje z pogrzebu: http://barankowy.blogspot.com/2016/08/18-viii-pogrzeb-o-witolda.html
i ciasne drzwi, które mi o Witoldzie mówią: http://barankowy.blogspot.com/2016/08/21-viii-ciasne-drzwi.html
poniedziałek, 21 marca 2016
21 III, przed Paschą u przyjaciół
Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku... (J 12,1-11)
Tajemnica Betanii, to tajemnica przyjaźni. Dom, w którym Jezus czuje się przyjęty, gdzie odpoczywa, gdzie doświadcza miłości. Dom, który daje dla Niego, to co najlepsze, najcenniejsze. Dom, w którym się umacnia.
Chcę być takim domem dla Jezusa. Dla bliźnich też :).
***
Dobra lektura (już kiedyś była, ale powtórzyć nie zaszkodzi :), o woni, o bezinteresowności, o całkowitości, po prostu o miłości:
"...Jezus Chrystus jest przede wszystkim Barankiem Bożym, który ogołocił samego siebie i udzielił się nam jako woń maści, która już teraz nie ma zapachu, ponieważ rozlewać woń znaczy także wyzionąć ducha, umierać, pozbawiać się życiodajnego tchnienia.
Zatem być wonią Chrystusa oznacza przeżyć Jego kenozę śmierci i Jego zmartwychwstanie.
Jednak z pewnym oryginalnym podkreśleniem dotyczącym właśnie natury i sposobu działania woni: jesteśmy wezwani do naśladowania Baranka, do hojnego złożenia daru z samych siebie, hojnego i całkowitego, zawsze na sposób woni, rozprzestrzeniającej się z całkowitą dyskrecją i w ciszy, bez skupiania na sobie najmniejszej uwagi, a zwłaszcza całkowicie bezinteresownie, bez natychmiastowych wymiernych skutków, bez jakiejkolwiek korzyści, bez zarozumiałości, wprost idąc na zatracenie...
Tak jak to się dzieje w Betanii: w stylu tego, kto "trwoni" swoje życie na kontemplowanie miłości, kto zużywa swoją energię w czystym darze z siebie, darze ciała, które nie służy do rodzenia; w darze woli, która nie jest podporządkowana samorealizacji, po to, by całe życie stało się czystą emanacją miłości i niczym innym, nawet bez pretensji do tego, że zostanie dostrzeżone, zauważone, uznane, że dozna odpłaty.
"To właśnie z tego źródła, jakim jest życie oddawane bez oszczędzania go, płynie woń napełniająca cały dom" (VC 104)...". (A. Cencini, Czy straciliśmy zmysły?)
***
Albo i tak, jak Szustak podpowiada:
Tajemnica Betanii, to tajemnica przyjaźni. Dom, w którym Jezus czuje się przyjęty, gdzie odpoczywa, gdzie doświadcza miłości. Dom, który daje dla Niego, to co najlepsze, najcenniejsze. Dom, w którym się umacnia.
Chcę być takim domem dla Jezusa. Dla bliźnich też :).
***
Dobra lektura (już kiedyś była, ale powtórzyć nie zaszkodzi :), o woni, o bezinteresowności, o całkowitości, po prostu o miłości:
"...Jezus Chrystus jest przede wszystkim Barankiem Bożym, który ogołocił samego siebie i udzielił się nam jako woń maści, która już teraz nie ma zapachu, ponieważ rozlewać woń znaczy także wyzionąć ducha, umierać, pozbawiać się życiodajnego tchnienia.
Zatem być wonią Chrystusa oznacza przeżyć Jego kenozę śmierci i Jego zmartwychwstanie.
Jednak z pewnym oryginalnym podkreśleniem dotyczącym właśnie natury i sposobu działania woni: jesteśmy wezwani do naśladowania Baranka, do hojnego złożenia daru z samych siebie, hojnego i całkowitego, zawsze na sposób woni, rozprzestrzeniającej się z całkowitą dyskrecją i w ciszy, bez skupiania na sobie najmniejszej uwagi, a zwłaszcza całkowicie bezinteresownie, bez natychmiastowych wymiernych skutków, bez jakiejkolwiek korzyści, bez zarozumiałości, wprost idąc na zatracenie...
Tak jak to się dzieje w Betanii: w stylu tego, kto "trwoni" swoje życie na kontemplowanie miłości, kto zużywa swoją energię w czystym darze z siebie, darze ciała, które nie służy do rodzenia; w darze woli, która nie jest podporządkowana samorealizacji, po to, by całe życie stało się czystą emanacją miłości i niczym innym, nawet bez pretensji do tego, że zostanie dostrzeżone, zauważone, uznane, że dozna odpłaty.
"To właśnie z tego źródła, jakim jest życie oddawane bez oszczędzania go, płynie woń napełniająca cały dom" (VC 104)...". (A. Cencini, Czy straciliśmy zmysły?)
***
Albo i tak, jak Szustak podpowiada:
Subskrybuj:
Posty (Atom)



