
Jest coś w dzieciach, co nie jest do naśladowania. To ich kapryszenie. Z dwóch powodów nie jest to do przyjęcia w życiu dorosłym:
1) kaprys dziecka jest często bezpodstawny, po prostu "nie, bo nie", co więcej dziecko nie zreflektuje tego, nie zejdzie wgłąb, nie poszuka w sobie o co może chodzić uczuciom..., dziecko nie pomyśli, jaka potrzeba tak naprawdę jest niezaspokojona i czy ją zaspokoić rzeczywiście należy.
2) z obserwacji życiowej widzę jeszcze jedno niebezpieczeństwo: czasem rozkapryszone dziecko można czymś "przekupić". Niestety ta "łapówka" często idzie po linii odrzucenia wartości.
Dlatego też nie chcę kaprysić w mojej codzienności. Chcę przyjąć ją taką, jaka przychodzi. W "tu i teraz" mogę spotkać Boga, przychodzi. Raz przychodzi z darem radości, raz z darem cierpienia.
Mogę swoje życie uczynić liturgią. Codziennie zachęcają mnie do tego słowa prefacji:
"Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie..."
Te nasze odejścia i powroty... Pamiętamy skąd wyszliśmy. Wierność zapuszcza korzenie głębiej i wyrasta z doświadczenia umiłowania.
OdpowiedzUsuń