O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana albo kto był Jego doradcą? Lub kto Go pierwszy obdarował, aby nawzajem otrzymać odpłatę? Albowiem z Niego i przez Niego, i dla Niego jest wszystko... (Rz 11, 29-36)
Porwał mnie dziś na modlitwie ten zachwyt św. Pawła!
Zanurkowałam przez chwilę w tę głębię bogactwa, mądrości i wiedzy Boga. Wszystko co mam, stamtąd pochodzi! Wszystko co przede mną, tam ma swoje źródło!
Fot. :)
poniedziałek, 6 listopada 2017
niedziela, 5 listopada 2017
5 XI, przyjąć Słowo
Dlatego nieustannie dziękujemy Bogu, bo gdy przyjęliście słowo Boże usłyszane od nas, przyjęliście je nie jako słowo ludzkie, ale jak jest naprawdę, jako słowo Boga, który działa w was wierzących. (2 Tes 2,13)
To ostatnie zdanie z II czytania zbiera dla mnie w syntezę dzisiejszą dobrą nowinę.
W tekście greckim oryginalnym brzmi to zdanie trochę inaczej, zwłaszcza końcówka: "nie jako słowo ludzkie, ale, jak jest naprawdę, jako Słowo Boga, które też w was wierzących skutecznie działa". Słowo przyjęte przez wierzącego działa w nim, działa w nim przez nie sam Bóg. Czyli najistotniejszą sprawą, o którą mogę i muszę się zatroszczyć, jest przyjęcie Słowa Bożego.
A przychodzi Słowo do mnie różnymi drogami, różne usta Je głoszą... Nawet gdy "radio" jest nie najlepsze, to jest potrzebne, jeśli oznajmi wiadomość na którą czekam. W Ewangelii Jezus czyni prostym nasze (moje) ludzkie krytyczne widzenie niekonsekwencji ewangelizatorów: "Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie". Zasada prosta i ułatwiająca życie.
Znowu dziś była obecna Maryja (ta, która przyjęła Słowo) w mej modlitwie. Patrząc na Jej życie, widzę spełnienie słów Ewangelii (Mt 23,1-12): "Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony".
Uświadomiłam dziś po raz kolejny, że wszystko mam, że Pan daje wszystko, bo daje Siebie w Eucharystii (i w innych sakramentach), mogę więc za psalmistą powtórzyć i tak żyć:
To ostatnie zdanie z II czytania zbiera dla mnie w syntezę dzisiejszą dobrą nowinę.
W tekście greckim oryginalnym brzmi to zdanie trochę inaczej, zwłaszcza końcówka: "nie jako słowo ludzkie, ale, jak jest naprawdę, jako Słowo Boga, które też w was wierzących skutecznie działa". Słowo przyjęte przez wierzącego działa w nim, działa w nim przez nie sam Bóg. Czyli najistotniejszą sprawą, o którą mogę i muszę się zatroszczyć, jest przyjęcie Słowa Bożego.
A przychodzi Słowo do mnie różnymi drogami, różne usta Je głoszą... Nawet gdy "radio" jest nie najlepsze, to jest potrzebne, jeśli oznajmi wiadomość na którą czekam. W Ewangelii Jezus czyni prostym nasze (moje) ludzkie krytyczne widzenie niekonsekwencji ewangelizatorów: "Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie". Zasada prosta i ułatwiająca życie.
Znowu dziś była obecna Maryja (ta, która przyjęła Słowo) w mej modlitwie. Patrząc na Jej życie, widzę spełnienie słów Ewangelii (Mt 23,1-12): "Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony".
Uświadomiłam dziś po raz kolejny, że wszystko mam, że Pan daje wszystko, bo daje Siebie w Eucharystii (i w innych sakramentach), mogę więc za psalmistą powtórzyć i tak żyć:
Panie, moje serce się nie pyszni i nie patrzą wyniośle moje oczy. Nie dbam o rzeczy wielkie ani o to, co przerasta moje siły. Lecz uspokoiłem i uciszyłem moją duszę, Jak dziecko na łonie swej matki, jak ciche dziecko jest we mnie moja dusza. Izraelu, złóż nadzieję w Panu, teraz i na wieki. (Ps 131)
czwartek, 2 listopada 2017
2 XI, w Nim zabłysła dla nas nadzieja
Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, * abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie, *Panie, Ojcze święty, wszechmogący, wieczny Boże, * przez naszego Pana Jezusa Chrystusa.
W Nim zabłysła dla nas nadzieja chwalebnego zmartwychwstania * i choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, * znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. * Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, * i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, * znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie.
Dlatego z Aniołami i Archaniołami oraz ze wszystkimi chórami niebios * głosimy Twoją chwałę, razem z nimi wołając:
Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów. * Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej. * Hosanna na wysokości. *Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie. * Hosanna na wysokości. (prefacja o zmarłych)
Prefacja o zmarłych, dziś w całym Kościele proklamowana, jest głośnym wypowiedzeniem modlitwy „przed” Adresatem – Bogiem Ojcem. Za chwilę, po prefacji sam Jezus w Chlebie będzie Panem Eucharystii, ale w prefacji kapłan staje wobec Boga i w imieniu Kościoła kieruje modlitwę uwielbienia i dziękczynienia za wielkie dary jakich Bóg wyświadczył ludziom przez swojego Syna, Jezusa Chrystusa. Czasami nieuważnie słucham tej modlitwy, czasem nieuważnie wypowiada ją ksiądz.
A tymczasem ten wzniosły hymn ma porwać serce człowieka przed Majestat Boga. Tu przestają być ważne moje małe problemy i trudności. Albo inaczej, tu rzeczywiście odrywa się moje serce od ziemskich przywiązań a zanurza się w tajemnicach Bożych ze wszystkim, co moje - dziś z doświadczeniem śmierci bliskich i dalekich.
Zanurzyć się w Eucharystię z doświadczeniem śmierci jest równoznaczne zanurzyć się w życie Tego, który Żyje. Przyjąć to Życie - tym jest komunia święta.
***
Trochę dobrej lektury, cytuję za deon.pl:
Śmierć nie może być jednak czymś tak do końca złym, skoro przeszedł przez nią Bóg. Bóg, z tego co ludzkie, nie przeżył tylko własnego grzechu. Czyli tylko grzech musi być jedyną tak naprawdę złą rzeczą. Nie oznacza to jednak, że mamy się cieszyć śmiercią. Jesteśmy stworzeni do życia wiecznego, czyli takiego, w którym już nie ma przemijania. A śmierć mówi o przemijaniu. Nie jest więc celem naszego życia, ale mówi o tym, że jesteśmy już blisko celu, bo powoduje, że oto przemija (kończy się) wszystko, co może przeminąć (skończyć się).
Wspominając naszych bliskich, którzy z tego świata odeszli, nie szukajmy ich wśród umarłych. Umarłych bowiem tak naprawdę nie ma. Są tylko żywi: żywi, których życie jeszcze przemija i żywi, których życie już nie przemija.
Jeżeli chcemy dobrze umrzeć, uczmy się już teraz tracić. Kto teraz umie tracić dla innych, czyli kochać, właściwie w ogóle nie przeżyje śmierci (może jej po prostu właściwie nie zauważyć) i łatwo przejdzie do życia pozbawionego przemijania. A więc może nie tyle módlmy się o dobrą śmierć, co o dobre życie, bo kto ma dobre życie, na pewno będzie miał dobrą śmierć. (M. Łusiak SJ)
W Nim zabłysła dla nas nadzieja chwalebnego zmartwychwstania * i choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, * znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. * Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, * i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, * znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie.
Dlatego z Aniołami i Archaniołami oraz ze wszystkimi chórami niebios * głosimy Twoją chwałę, razem z nimi wołając:
Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów. * Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej. * Hosanna na wysokości. *Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie. * Hosanna na wysokości. (prefacja o zmarłych)
Prefacja o zmarłych, dziś w całym Kościele proklamowana, jest głośnym wypowiedzeniem modlitwy „przed” Adresatem – Bogiem Ojcem. Za chwilę, po prefacji sam Jezus w Chlebie będzie Panem Eucharystii, ale w prefacji kapłan staje wobec Boga i w imieniu Kościoła kieruje modlitwę uwielbienia i dziękczynienia za wielkie dary jakich Bóg wyświadczył ludziom przez swojego Syna, Jezusa Chrystusa. Czasami nieuważnie słucham tej modlitwy, czasem nieuważnie wypowiada ją ksiądz.
A tymczasem ten wzniosły hymn ma porwać serce człowieka przed Majestat Boga. Tu przestają być ważne moje małe problemy i trudności. Albo inaczej, tu rzeczywiście odrywa się moje serce od ziemskich przywiązań a zanurza się w tajemnicach Bożych ze wszystkim, co moje - dziś z doświadczeniem śmierci bliskich i dalekich.
Zanurzyć się w Eucharystię z doświadczeniem śmierci jest równoznaczne zanurzyć się w życie Tego, który Żyje. Przyjąć to Życie - tym jest komunia święta.
***
Trochę dobrej lektury, cytuję za deon.pl:
Śmierć nie może być jednak czymś tak do końca złym, skoro przeszedł przez nią Bóg. Bóg, z tego co ludzkie, nie przeżył tylko własnego grzechu. Czyli tylko grzech musi być jedyną tak naprawdę złą rzeczą. Nie oznacza to jednak, że mamy się cieszyć śmiercią. Jesteśmy stworzeni do życia wiecznego, czyli takiego, w którym już nie ma przemijania. A śmierć mówi o przemijaniu. Nie jest więc celem naszego życia, ale mówi o tym, że jesteśmy już blisko celu, bo powoduje, że oto przemija (kończy się) wszystko, co może przeminąć (skończyć się).
Wspominając naszych bliskich, którzy z tego świata odeszli, nie szukajmy ich wśród umarłych. Umarłych bowiem tak naprawdę nie ma. Są tylko żywi: żywi, których życie jeszcze przemija i żywi, których życie już nie przemija.
Jeżeli chcemy dobrze umrzeć, uczmy się już teraz tracić. Kto teraz umie tracić dla innych, czyli kochać, właściwie w ogóle nie przeżyje śmierci (może jej po prostu właściwie nie zauważyć) i łatwo przejdzie do życia pozbawionego przemijania. A więc może nie tyle módlmy się o dobrą śmierć, co o dobre życie, bo kto ma dobre życie, na pewno będzie miał dobrą śmierć. (M. Łusiak SJ)
środa, 1 listopada 2017
1 XI, Bóg w ludzkim życiu
... i pokłon oddali Bogu, mówiąc: «Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków. Amen!» (Ap 7, 2-4. 9-14)
Tłum w białych szatach wybielonych krwią (!) Baranka bardzo mnie pociąga.
I pieśń Aniołów, którą zacytowałam, próbuję już tu śpiewać. A w tej pieśni zatrzymało mnie dziś słowo "mądrość".
O ile błogosławieństwo, chwałę, dziękczynienie, cześć, moc i potęgę, łatwo jest Bogu oddać słowem i czynem, to zastanowiło mnie, jak Mu mądrość oddać, okazać...
Uświadomiłam sobie, że mądrość przejawia się właśnie w czynach, w wyborach i jest zawsze otulona jakąś szlachetną długomyślnością. I wysnułam wniosek: zawierzając Bogu w codzienności, przyjmując w zaufaniu Jego prowadzenie, tym samym oddaję mądrość Bogu, a On w moim życiu może w czynach tę mądrość objawić. Ale zawsze, to jest Jego mądrość! Bo czymże jest świętość tu na ziemi? To Bóg (przyjęty) w ludzkim życiu.
Patrzę na Świętych, a i Oni, niech mają mnie na oku :).
Tłum w białych szatach wybielonych krwią (!) Baranka bardzo mnie pociąga.
I pieśń Aniołów, którą zacytowałam, próbuję już tu śpiewać. A w tej pieśni zatrzymało mnie dziś słowo "mądrość".
O ile błogosławieństwo, chwałę, dziękczynienie, cześć, moc i potęgę, łatwo jest Bogu oddać słowem i czynem, to zastanowiło mnie, jak Mu mądrość oddać, okazać...
Uświadomiłam sobie, że mądrość przejawia się właśnie w czynach, w wyborach i jest zawsze otulona jakąś szlachetną długomyślnością. I wysnułam wniosek: zawierzając Bogu w codzienności, przyjmując w zaufaniu Jego prowadzenie, tym samym oddaję mądrość Bogu, a On w moim życiu może w czynach tę mądrość objawić. Ale zawsze, to jest Jego mądrość! Bo czymże jest świętość tu na ziemi? To Bóg (przyjęty) w ludzkim życiu.
Patrzę na Świętych, a i Oni, niech mają mnie na oku :).
poniedziałek, 30 października 2017
30 X, włożył na nią ręce
...była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: «Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy». Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga... (Łk 13, 10-17)
Patrzę na tę kobietę i ... widzę niejednego z nas. Jesteśmy pochyleni własnym egoizmem i nie możemy wyprostować się ku Ojcu, jako dzieci skierowane ku Ojcu. Niedawno ktoś nazwał egoizm jako zakrzywienie ku sobie.
W dzisiejszej perykopie najbardziej poruszają mnie słowa: "włożył na nią ręce". Jest we mnie pragnienie takiego Bożego dotyku. Ale też pamięć odsyła mnie do wydarzeń w moim życiu, kiedy to miało miejsce, a miało!
W wielu sakramentach jest ten gest włożenia, nałożenia dłoni kapłana. Żeby to sobie jeszcze uświadamiać, kiedy się dzieje!
A ten gest jest w sakramencie chrztu (nieważne czy jest chrzczone dziecko czy człowiek dorosły), w bierzmowaniu jest mocny dotyk biskupa, w sakramencie pokuty jest wyciągnięta dłoń kapłana (czasem nałożenie rąk na głowę), w sakramencie namaszczenia chorych jest też dotyk namaszczający, w sakramencie kapłaństwa - mnóstwo nałożeń rąk kapłańskich na głowę święconego, w sakramencie małżeństwa włożenie ręki kapłana na związane stułą ręce ślubujących. A Eucharystia to wszystko łączy - i choć nie ma w niej dotyku zewnętrznego - jest w niej przywołanie, jest umocnienie, jest zjednoczenie i posłanie ("Msza się skończyła, msza się zaczyna").
Patrzę na tę kobietę i ... widzę niejednego z nas. Jesteśmy pochyleni własnym egoizmem i nie możemy wyprostować się ku Ojcu, jako dzieci skierowane ku Ojcu. Niedawno ktoś nazwał egoizm jako zakrzywienie ku sobie.
W dzisiejszej perykopie najbardziej poruszają mnie słowa: "włożył na nią ręce". Jest we mnie pragnienie takiego Bożego dotyku. Ale też pamięć odsyła mnie do wydarzeń w moim życiu, kiedy to miało miejsce, a miało!
W wielu sakramentach jest ten gest włożenia, nałożenia dłoni kapłana. Żeby to sobie jeszcze uświadamiać, kiedy się dzieje!
A ten gest jest w sakramencie chrztu (nieważne czy jest chrzczone dziecko czy człowiek dorosły), w bierzmowaniu jest mocny dotyk biskupa, w sakramencie pokuty jest wyciągnięta dłoń kapłana (czasem nałożenie rąk na głowę), w sakramencie namaszczenia chorych jest też dotyk namaszczający, w sakramencie kapłaństwa - mnóstwo nałożeń rąk kapłańskich na głowę święconego, w sakramencie małżeństwa włożenie ręki kapłana na związane stułą ręce ślubujących. A Eucharystia to wszystko łączy - i choć nie ma w niej dotyku zewnętrznego - jest w niej przywołanie, jest umocnienie, jest zjednoczenie i posłanie ("Msza się skończyła, msza się zaczyna").
niedziela, 29 października 2017
29 X, "będziesz miłował"
«Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem». To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: «Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego». Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy». (Mt 22, 34-40)
Znam te przykazania na pamięć już od dziecka. Ale czy moje życie codzienne opiera się rzeczywiście na tych dwóch przykazaniach?
Gdy sobie prześledzę swoje wybory, swoje pretensje, czy swoje oczekiwania, to widzę, że kieruję się innym prawem: "niech mnie nikt nie krytykuje", "niech będzie po mojej myśli", itd. itp...
I co najgorsze, w momentach jakiegoś ucisku nie jest moim pierwszym i największym pragnieniem i dbaniem to, czy miłuję tu i teraz Boga całym sercem, całą duszą, całym umysłem..., lecz całkiem co innego, np. żeby mnie kochano.
To co napisałam, sądzę, nie jest duchowym ekshibicjonizmem, bo na pewno bliskie jest to niejednemu.
Natomiast diagnoza, na czym faktycznie opiera się moje życie codzienne, może być zbawienna, bo owo oparcie może się zmienić. Wierzę Słowu Boga i jeśli On mówi, że "będziesz miłował", to przyjmuję to jako OBIETNICĘ i możliwość w moim życiu!
Dziś w większości kościołów świętuje się pamiątkę poświęcenia kościoła i wówczas jest czytana Ewangelia o Zacheuszu. Zacheusz to ten, który przyjął Jezusa do swego domu. Zlazł z drzewa obserwatora i dał gościnę Jezusowi - to próbuję czynić w każdej Eucharystii - i coś w nim się zmienia, coś pęka, jego życie zaczyna się opierać na czymś innym niż dotąd.
I jeszcze coś muszę napisać.
W mej modlitwie była obecna Maryja. Zobaczyłam Ją, jaką tą, która miłowała. Ona tymi oboma przykazaniami żyła dogłębnie.
Popatrzyłam na Nią w zwiastowaniu, Jej miłość była zdolna zgodzić się na utratę dobrego imienia, na utratę decydowania o sobie, kierowania swoim życiem.
Popatrzyłam na Nią w pewnym wydarzeniu nauczania Jezusa, kiedy mówi do uczniów, że oni - ci, co słuchają Słowa i zachowują Je - są dla Niego matką. Popatrzyłam na Nią przez pryzmat tego drugiego przykazania, miłości bliźniego jak siebie samego. Tak, Maryja tak kocha braci, kocha ich jak samą siebie, dając im (dając nam) udział w tym, do czego sama została zaproszona i co przyjęła: być dla Jezusa Matką. Uświadomienie swojej godności i dopuszczenie/doprowadzanie innych do tej godności - tak dziś przybliżyło się do mnie w konkrecie przez Maryję to drugie przykazanie.
Znam te przykazania na pamięć już od dziecka. Ale czy moje życie codzienne opiera się rzeczywiście na tych dwóch przykazaniach?
Gdy sobie prześledzę swoje wybory, swoje pretensje, czy swoje oczekiwania, to widzę, że kieruję się innym prawem: "niech mnie nikt nie krytykuje", "niech będzie po mojej myśli", itd. itp...
I co najgorsze, w momentach jakiegoś ucisku nie jest moim pierwszym i największym pragnieniem i dbaniem to, czy miłuję tu i teraz Boga całym sercem, całą duszą, całym umysłem..., lecz całkiem co innego, np. żeby mnie kochano.
To co napisałam, sądzę, nie jest duchowym ekshibicjonizmem, bo na pewno bliskie jest to niejednemu.
Natomiast diagnoza, na czym faktycznie opiera się moje życie codzienne, może być zbawienna, bo owo oparcie może się zmienić. Wierzę Słowu Boga i jeśli On mówi, że "będziesz miłował", to przyjmuję to jako OBIETNICĘ i możliwość w moim życiu!
Dziś w większości kościołów świętuje się pamiątkę poświęcenia kościoła i wówczas jest czytana Ewangelia o Zacheuszu. Zacheusz to ten, który przyjął Jezusa do swego domu. Zlazł z drzewa obserwatora i dał gościnę Jezusowi - to próbuję czynić w każdej Eucharystii - i coś w nim się zmienia, coś pęka, jego życie zaczyna się opierać na czymś innym niż dotąd.
"...Zacheusz zaś był bogaty i miał wszystko i nagle - jakby sam z siebie - zaczyna to bogactwo rozdawać, pozbywać się Go. Przecież Jezus mu tego nie kazał robić? Może zrozumiał, pojął i mocno odczuł, że oto do Jego domu przyszedł ten, który jest WSZYSTKIM, może więc wszystko inne zostawić"... (G. Ginter) czytaj więcejTo jest dobra nowina dla mnie, dla ciebie, dla każdego. Więc wciąż wierzę, że to się stanie: "będziesz miłował".
I jeszcze coś muszę napisać.
W mej modlitwie była obecna Maryja. Zobaczyłam Ją, jaką tą, która miłowała. Ona tymi oboma przykazaniami żyła dogłębnie.
Popatrzyłam na Nią w zwiastowaniu, Jej miłość była zdolna zgodzić się na utratę dobrego imienia, na utratę decydowania o sobie, kierowania swoim życiem.
Popatrzyłam na Nią w pewnym wydarzeniu nauczania Jezusa, kiedy mówi do uczniów, że oni - ci, co słuchają Słowa i zachowują Je - są dla Niego matką. Popatrzyłam na Nią przez pryzmat tego drugiego przykazania, miłości bliźniego jak siebie samego. Tak, Maryja tak kocha braci, kocha ich jak samą siebie, dając im (dając nam) udział w tym, do czego sama została zaproszona i co przyjęła: być dla Jezusa Matką. Uświadomienie swojej godności i dopuszczenie/doprowadzanie innych do tej godności - tak dziś przybliżyło się do mnie w konkrecie przez Maryję to drugie przykazanie.
sobota, 28 października 2017
28 X, mieszkanie Boga
... w Nim i wy także wznosicie się we wspólnym budowaniu, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha. (Ef 2, 19-22)
Wczorajszy post ma dziś kontynuację. Piękne to jest, że Słowo jest żywe i wchodzi w dialog z człowiekiem.
Nie wyleję tu swej modlitwy, bo nie taki zamysł tego blogu, ale zaświadczyć mogę i chcę, że człowiek może tu na ziemi słuchać Boga i że Bóg słucha człowieka, i w tym dialogu dzieje się coś niezwykłego, choć objawia się w skutkach w zwykłych czynnościach.
Wracam do tekstu. Wczoraj było o skruszeniu serca, by nie było już mieszkaniem dla grzechu. A dziś już wiadomo, że dar nowego serca jest po to, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha. I ta perspektywa jest dla każdego ochrzczonego. I oby jej nie zmarnować.
Wczorajszy post ma dziś kontynuację. Piękne to jest, że Słowo jest żywe i wchodzi w dialog z człowiekiem.
Nie wyleję tu swej modlitwy, bo nie taki zamysł tego blogu, ale zaświadczyć mogę i chcę, że człowiek może tu na ziemi słuchać Boga i że Bóg słucha człowieka, i w tym dialogu dzieje się coś niezwykłego, choć objawia się w skutkach w zwykłych czynnościach.
Wracam do tekstu. Wczoraj było o skruszeniu serca, by nie było już mieszkaniem dla grzechu. A dziś już wiadomo, że dar nowego serca jest po to, by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha. I ta perspektywa jest dla każdego ochrzczonego. I oby jej nie zmarnować.
1. SERCE: słowo z serii "25"
Będą przewijać się różne słowa tak mniej więcej co dwa tygodnie. To taki mój pewien zamysł, ufam, że z Ducha. Rzecz istotna się dzieje poza netem, ale dla pamięci sobie strzępy notuję.
Fot. Obraz oddający w jakiejś mierze, coś ważnego w temacie SERCE. Temat ten towarzyszył mi przez ostatnie dwa tygodnie, podsumuję sobie dziś:
- serce moje znane i widziane przez Pana, przyjęte przez Niego
- serce moje skruszone, by grzech nie miał w nim mieszkania
- nowe serce stwórz we mnie, Panie.
Fot. Obraz oddający w jakiejś mierze, coś ważnego w temacie SERCE. Temat ten towarzyszył mi przez ostatnie dwa tygodnie, podsumuję sobie dziś:
- serce moje znane i widziane przez Pana, przyjęte przez Niego
- serce moje skruszone, by grzech nie miał w nim mieszkania
- nowe serce stwórz we mnie, Panie.
piątek, 27 października 2017
27 X, niech grzech nie miesz(k)a
Jestem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać — nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. (Rz 7, 18-24)
Jestem wdzięczna św. Pawłowi za te słowa. Są one natchnione, czyli są w wiedzy Boga... O ileż łatwiej odnaleźć się i zaakceptować ten stan pewnego rozdarcia w sobie, skoro był w świętych, skoro Bóg to wie.
Dopiero to, co nazwę w sobie, to mogę zmieniać.
Zazwyczaj w piątek w jutrzni modlimy się Psalmem 51, zwanym psalmem pokutnym. Są w nim słowa o skruszonym sercu. Właśnie dopiero dziś mi jakoś to wszystko się ułożyło: doświadczenie Pawłowe zamieszkania grzechu we mnie i wołanie pokutnika o nowe serce, bo swoje wołający jest gotowy skruszyć.
A wniosek prosty, gdy się skruszy serce, to grzech się wysypie i nie ma miejsca na zamieszkanie w nim. Niech więc serce moje się kruszy. A Ty, Panie stwórz we mnie serce, według Twej matrycy.
czwartek, 26 października 2017
26 X, zapalić się
Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój?... (Łk 12, 49-53)
Trudne to są słowa w pierwszym odruchu słuchania. Jest w nas, we mnie, jakieś oczekiwanie wobec Jezusa, że zaraz zaradzi moim potrzebom, że uspokoi moje troski.
Tak, prawdą jest, że zaradza i uspokaja, ale chcę zauważyć cenę zbawienia. Ceną jest Jego udręka krzyża... Wdzięczność mego serca niech wyrazi się w ogniu mej miłości, nie w bylejakości i zachowawczości, ale w miłości, która jak ogień może i powinna zapalić i pochłonąć wszystko.
Pisałam przed cztery laty i znowu chcę odskoczyć od siebie i zapalić się Jego miłością:
Trudne to są słowa w pierwszym odruchu słuchania. Jest w nas, we mnie, jakieś oczekiwanie wobec Jezusa, że zaraz zaradzi moim potrzebom, że uspokoi moje troski.
Tak, prawdą jest, że zaradza i uspokaja, ale chcę zauważyć cenę zbawienia. Ceną jest Jego udręka krzyża... Wdzięczność mego serca niech wyrazi się w ogniu mej miłości, nie w bylejakości i zachowawczości, ale w miłości, która jak ogień może i powinna zapalić i pochłonąć wszystko.
Pisałam przed cztery laty i znowu chcę odskoczyć od siebie i zapalić się Jego miłością:
Inaczej tego dnia wygląda moja modlitwa.Usłyszałam pragnienie Jezusa i Jego udrękę. Pozwolę Mu odpocząć we mnie.Wreszcie nie wrzucam Mu moich pragnień i mego udręczenia, choć i one są we mnie. (Wiem, ile udręki bywa we mnie, kiedy mam zrobić coś ważnego... Tym bardziej mogę zrozumieć Jezusa i wejść w Jego uczucia).Staję przy Nim jako przyjaciółka, jako oblubienica. Chcę Go zrozumieć, chcę zapalić się ogniem Jego miłości, chcę dać Mu w moim sercu odpocznienie.Jezu, Baranku mój, odpocznij we mnie.Fot. Maryja, złapała ten płomień! I zapłonęła.
środa, 25 października 2017
25 X, wybory nasze
Nie oddawajcie też członków waszych jako broń nieprawości na służbę grzechowi, ale oddajcie się na służbę Bogu jako ci, którzy ze śmierci przeszli do życia... (Rz 6, 12-18)
Modląc się tym słowem zatrzymał mnie konkret, jaki św. Paweł daje adresatom listu, czyli też mi. Pokazuje na możliwość wyboru. To ja mogę świadomie oddać siebie Bogu na służbę, a mogę uczynić siebie sługą podłości (podłość to synonim nieprawości).
Przypomniał mi się wiersz Lieberta, JEŹDZIEC:
Uciekałem przed Tobą w popłochu,
Chciałem zmylić, oszukać Ciebie —
Lecz co dnia kolana uparte
Zostawiały ślady na niebie.
Dogoniłeś mnie, Jeźdźcze niebieski,
Stratowałeś, stanąłeś na mnie.
Ległem zbity, łaską podcięty,
Jak dym, gdy wicher go nagnie.
Nie mam słów, by z pod Ciebie się podnieść,
Coraz cięższa staje się mowa.
Czyżby słowa utracić trzeba,
By jak duszę odzyskać słowa?
Czyli trzeba aż przejść przez siebie,
Twoim słowom siebie zawierzyć —
Jeśli trzeba, to tratuj do dna,
Jestem tylko twoim żołnierzem.
Jedno wiem, i innych objawień
Nie potrzeba oczom i uszom —
Uczyniwszy na wieki wybór,
W każdej chwili wybierać muszę.
Modląc się tym słowem zatrzymał mnie konkret, jaki św. Paweł daje adresatom listu, czyli też mi. Pokazuje na możliwość wyboru. To ja mogę świadomie oddać siebie Bogu na służbę, a mogę uczynić siebie sługą podłości (podłość to synonim nieprawości).
Przypomniał mi się wiersz Lieberta, JEŹDZIEC:
Uciekałem przed Tobą w popłochu,
Chciałem zmylić, oszukać Ciebie —
Lecz co dnia kolana uparte
Zostawiały ślady na niebie.
Dogoniłeś mnie, Jeźdźcze niebieski,
Stratowałeś, stanąłeś na mnie.
Ległem zbity, łaską podcięty,
Jak dym, gdy wicher go nagnie.
Nie mam słów, by z pod Ciebie się podnieść,
Coraz cięższa staje się mowa.
Czyżby słowa utracić trzeba,
By jak duszę odzyskać słowa?
Czyli trzeba aż przejść przez siebie,
Twoim słowom siebie zawierzyć —
Jeśli trzeba, to tratuj do dna,
Jestem tylko twoim żołnierzem.
Jedno wiem, i innych objawień
Nie potrzeba oczom i uszom —
Uczyniwszy na wieki wybór,
W każdej chwili wybierać muszę.
wtorek, 24 października 2017
24 X, będzie to piękne spotkanie
Czuwanie i szczęście, szczęście i czuwanie dziś w Ewangelii naprzemiennie pobrzmiewa.
Właśnie to "i", to coś pomiędzy nimi mnie jakoś dziś dotyka. Bo jest pewne napięcie, jest w czuwaniu jakaś gotowość, która chce być spełniona.
W chrześcijaństwie żyjemy w takim paradoksie: już i jeszcze nie. Jesteśmy odkupieni, mamy niebo otwarte, mamy dostęp do Boga w sakramentach już tu na ziemi, ale wciąż jeszcze jesteśmy w drodze, wciąż jeszcze nie widzimy w pełni, jeszcze zbawienie nie objawiło się w naszym ciele. Stąd czuwanie, stąd gotowość spotkania, Tego, który przychodzi.
Ale nie można zapomnieć o szczęściu, które już w zadatku doświadczamy na każdej Eucharystii. ON jest, każe zasiąść do stołu i usługuje. Tylko oczy nasze wciąż jeszcze na uwięzi, aż do czasu, kiedy czuwanie stanie się wiecznym spotkaniem, wiecznym szczęściem.
Jak jest z moją służbą, z moją codziennością? Czy czekam na spotkanie, spełniając wszystko, co mi powierzono? Dziś przychodzi z łaską uczynkową, a niebawem przyjdzie z łaską niebieską (tak ją nazwijmy).
Jak jest z moją służbą, z moją codziennością? Czy czekam na spotkanie, spełniając wszystko, co mi powierzono? Dziś przychodzi z łaską uczynkową, a niebawem przyjdzie z łaską niebieską (tak ją nazwijmy).
poniedziałek, 23 października 2017
23 X, wzmocnić się w wierze
Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: «Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem»... (Łk 12, 13-21)
Zawstydziła mnie dziś ta Ewangelia.
Zobaczyłam siebie w tym kimś z tłumu, który poucza Jezusa, co ma zrobić wobec mego brata, siostry... I choć u mnie raczej nie dotyczy to rzeczy materialnych, ale "duchowe naciski" na Boga w sprawie moich bliźnich, owszem, zdarzają się...
Jezus w odpowiedzi przestrzega przed chciwością. I mówi do tego, kto według jego słów, został poszkodowany (!). Nie jest to ludzka sprawiedliwość i nie o nią chodzi. W chrześcijaństwie chodzi o coś więcej: o serce wolne i miłujące.
Pierwsze czytanie przywołuje Abrahama i pokazuje mi miejsce ulokowania swej nadziei:
Abraham nie okazał wahania ani niedowierzania co do obietnicy Bożej, ale się wzmocnił w wierze. Oddał przez to chwałę Bogu i był przekonany, że mocen jest On również wypełnić, co obiecał. (Rz 4, 20-25)
Jak dziś mogę wzmocnić się w wierze? Rezygnując z czegoś, co mi się "należy" (wg mojej ludzkiej sprawiedliwości).
Fot. Słońce w garści, a ja wolę słońce w sercu :).
Zawstydziła mnie dziś ta Ewangelia.
Zobaczyłam siebie w tym kimś z tłumu, który poucza Jezusa, co ma zrobić wobec mego brata, siostry... I choć u mnie raczej nie dotyczy to rzeczy materialnych, ale "duchowe naciski" na Boga w sprawie moich bliźnich, owszem, zdarzają się...
Jezus w odpowiedzi przestrzega przed chciwością. I mówi do tego, kto według jego słów, został poszkodowany (!). Nie jest to ludzka sprawiedliwość i nie o nią chodzi. W chrześcijaństwie chodzi o coś więcej: o serce wolne i miłujące.
Pierwsze czytanie przywołuje Abrahama i pokazuje mi miejsce ulokowania swej nadziei:
Abraham nie okazał wahania ani niedowierzania co do obietnicy Bożej, ale się wzmocnił w wierze. Oddał przez to chwałę Bogu i był przekonany, że mocen jest On również wypełnić, co obiecał. (Rz 4, 20-25)
Jak dziś mogę wzmocnić się w wierze? Rezygnując z czegoś, co mi się "należy" (wg mojej ludzkiej sprawiedliwości).
Fot. Słońce w garści, a ja wolę słońce w sercu :).
Subskrybuj:
Posty (Atom)










